451 stopni Fahrenheita

451 stopni Fahrenheita

Wydana w tym roku nakładem Wydawnictwa Mag książka autorstwa Raya Bradbury’ego 451 stopni Fahrenheita to jedna z najbardziej klasycznych dystopii w literaturze. Jak czyta się tę książkę w dzisiejszych czasach i czy coś utraciła na swoim przekazie?

Zanim przejdę do oceny dzieła literackiego, muszę napisać parę słów o wydaniu. 451 stopni Fahrenheita to cienka książka, licząca sobie mniej niż 200 stron. Wydano ją w twardej oprawie z obwolutą – co zawsze cieszy – i z piękną, czarno-pomarańczową grafiką na okładce, przedstawiającą demonicznego strażaka. Podczas lektury nie pamiętam, by zdarzyło mi się natrafić na literówkę.

Głównym bohaterem powieści jest Guy Montag, pracujący jako strażak w USA. W dystopijnej przyszłości książki strażacy nie gaszą pożarów, lecz je wywołują. Noszą hełmy z wyrytymi numerami 451 – liczba stopni Fahrenheita, w której papier płonie – a z ich węży zamiast wody lub pianki gaśniczej płynie łatwopalny płyn. Strażacy otrzymują zgłoszenia o ludziach posiadających zakazane dobra – książki – po czym docierają na miejsce i je palą razem z całym domem „przestępcy” (czyt. bibliofila), co ma być karą za złamanie prawa. Dzięki postępom w technologii materiałowej samoistne pożary już nie występują.

Na samym początku książki Guy trafia do kolejnego już w swojej karierze mieszkania biblofilki. Tym razem jednak coś idzie nie po myśli strażaków, gdyż właścicielka księgozbioru nie została aresztowana przez siły porządkowe zanim przybyli oni na miejsce. Zdesperowana kobieta podpala się razem ze swoim dorobkiem i biblioteką, woląc to, niż życie bez księgozbioru. To wydarzenie sprawia, że Guy po raz pierwszy zaczyna kwestionować własny zawód. Co takiego było w tych książkach, że kobieta oddała za nie życie? I czy bycie strażakiem oraz bezmyślne palenie książek rzeczywiście przynosi mu tak wielkie szczęście jak zawsze myślał?

Tego samego dnia Montag w drodze powrotnej do domu spotyka Clarisse, nastoletnią sąsiadkę. Clarisse to żywy symbol wszystkiego tego, co jest obce społeczeństwu, które pali książki i gardzi wiedzą oraz wyobraźnią. Błąka się ona na dworze w deszczu, zrywa kwiaty, rozmawia z bliskimi i ośmiela się marzyć. Z tego względu jej rodzina znajduje się pod obserwacją, a sama dziewczyna zyskuje tytuł „aspołecznej”.

Clarisse i jej rodzina stoją w opozycji do sytuacji życiowej Guy’a. W jego domu czeka na niego tylko żona, pochłonięta przez ścianowizję (gigantyczne monitory zajmujące całą ścianę pomieszczenia), wiecznie z słuchawkami na uszach, uzależniona od pigułek nasennych i kompletnie odmóżdżona. Mildred, bo tak jej na imię, oraz jej przyjaciółki, ukazują nam stan społeczności, w której jedynym źródłem rozrywki jest telewizja, a dążenie do przyjemności, płytkiej, prostej, wszechobecnej ogranicza i zubaża człowieka.

Wizja przyszłości przedstawiona w stopniach Fahrenheita jest przerażająca, ale jednocześnie ciągle aktualna. Głosowanie na prezydenta, kierując się jego wymową i dykcją przypomina wybranie na przywódcę Stanów Zjednoczonych osobnika, który „chce chwytać za cipki”. A tak swoją drogą, jeśli wierzyć publikacjom, to Trump także nie czyta i nałogowo ogląda TV. Ciekawe, prawda?

Patrząc na obecne wydarzenia w Polsce, także należy uznać, że książka Radbury’ego się nie zestarzała. Kraj, w którym ponad 60% ludzi (!) nie przeczytało w ubiegłym roku książki nie jest taki daleki od wizji artystycznej, w której książki stały się nielegalne nie ze względu na jakąś złą personę w postaci Wielkiego Brata lub przewrót wojskowo-polityczny, tylko stopniowe idiocenie i uwstecznianie się mas ludzkich. W 541 stopniach Fahrenheita to ludzie sami z siebie najpierw zapomnieli, a potem znienawidzili słowo pisane. Nie było im do tego potrzebne żadne Ministerstwo Prawdy, tylko naturalne procesy społeczne.

Język, jakim napisano powieść, uznaję za zadowalający estetycznie. Nie uświadczyłem tu opisów, które by nudziły lub usypiały, kreację psychologiczną postaci uznaję także za udaną. Bohaterowie książki są różnorodni, a otępienie i ignorancja jednych pięknie kontrastuje z intelektualizmem i oczytaniem drugich. Jeśli mogę coś zarzucić książkę, to tylko to, że jest być może zbyt krótka.

Podsumowując, zachęcam do zapoznania się z tą publikacją. W czasie, w którym mierzymy się z kryzysem czytelnictwa, a władze wolą wydawać pieniądze Unii na Orliki niż na biblioteki, jest ona dalej aktualna – być może bardziej niż kiedykolwiek. Twarda oprawa i piękna grafika na okładce gwarantują zaś książce długą żywotność i zostanie prawdziwą ozdobą domowego księgozbioru.

Tekst autorstwa Szymona „Kaworu” Bryckiego.