MCU: Iron Man

MCU: Iron Man

Iron Man czyli Tony Stark jest jedną z Ikon srebrnej ery komiksu i jednocześnie jednym z pierwszych, którzy pokazali swoje bardziej złożone wnętrze. Stał się też pierwszym z superbohaterów, którzy pojawili się w Marvel Cinematic Universe (nie jestem pewien Hulka z filmu „Niesamowity Hulk”). Od tamtej pory minęło prawie dziesięć lat. Jak przez ten czas zestarzał się ten film? To frapujące pytanie, jak myślicie, jak na nie odpowiem?

Tony Stark (Robert Downey Jr.) jest miliarderem, geniuszem i playboyem… oraz zwyczajnym dupkiem. Przez wiele lat pomagał rozwijać swoją, odziedziczoną po ojcu, firmę zbrojeniową, wykorzystując swój nieprawdopodobny talent do techniki, aby tworzyć dla gotowych zapłacić  za coraz to doskonalsze narzędzia zagłady. Trwa to jednak tylko do czasu, aż podczas prezentacji jednej ze swoich najnowszych broni, zostaje porwany przez terrorystów, którzy zamierzają spożytkować jego uzdolnienia aby tworzył sprzęt dla nich. Choć Tony’emu udaje się zbiec z niewoli dzięki wybudowanemu „w piwnicy” egzoszkieletowi, to co przeżył będąc uwięzionym w jaskiniach sprawia, że postanawia odmienić nie tylko siebie, ale i cały świat. Nic nie jest jednak takie proste…

Na początek powiem szczerze. że Iron Mana po raz pierwszy poznałem oglądając Avengers. Wcześniej kompletnie nie miałem pojęcia o komiksowym uniwersum, znając jedynie kilka oglądniętych w dzieciństwie kreskówek o Hulku i Spidermanie. Filmy o „Człowieku z Żelaza”, obejrzałem o wiele później, i szczerze mówiąc wobec każdego miałem mieszane uczucia. Ale zacznijmy od początku.

Tak jak komiksowy „Iron Man” jest dzieckiem zimnej wojny i lęków Amerykanów z tamtych czasów, tak jego filmowy odpowiednik jest wyrazem kaca moralnego, jaki odczuwają Amerykanie po inwazji na Irak i wszystkim, co z tego wynikło. Choć pozornie to terroryści i ich mocodawca są głównymi złymi, to w gruncie rzeczy jest nim amerykański przemysł zbrojeniowy. Tony Stark zbił niewiarygodną fortunę sprzedając broń, czy może raczej powinienem napisać, śmierć. W przeciwieństwie do swego ojca, nie mógł się nawet zasłaniać patriotyzmem, bowiem sprzedawał broń także wrogom USA. Wprawdzie o tym nie wiedział, ale też nigdy nie zastanawiał się nad takimi kwestiami, dzieląc czas pomiędzy wynalazxzość (którą przecież uwielbiał), a zabawę. Nie przejmując się w gruncie rzeczy nikim i niczym, dopiero gdy stał się sam ofiarą własnej broni nieco otrzeźwiał. Nieco. Wtedy postanowił naprawić swoje  błędy…

Grany przez Downey’a Jr. Tony Stark to postać dosyć nietuzinkowa. Jest egocentryczny, nieco dziecinny, zblazowany i nie traktujący niczego całkiem poważnie, a jednocześnie zdeterminowany i nieustępliwy w dążeniu do celu. W gruncie rzeczy to taki trochę Gregory House wśród superbohaterów, choć w tym filmie pełnia jego dysfunkcyjnej osobowości się jeszcze nie objawiła, bo zwyczajnie nie za bardzo miał się z kim posprzeczać, ale raczej wyraźnie widzimy, że nawet gdy czyni dobro, robi to głównie dla siebie i swojego lepszego samopoczucia.

„Iron Man” wprawdzie komedią nie jest, ale daleko mu do „Mrocznego Rycerza” Nolana, nie mówiąc już o „Strażnikach”, którzy przez brak dystansu stali się niemal parodią, albo może tym, co parodiować mieli. Stark co i rusz zasypuje nas zabawnymi i ironicznymi tekstami, jednak trzeba zaznaczyć że sam świat w którym Iron Man egzystuje nie jest komedią i na zblazowanie głównego bohatera jego otoczenie reaguje z oburzeniem lub zażenowaniem. Mimo wszystko, lubimy Starka, i choć dzisiaj, po tych dziesięciu latach postać naszego superHousa nie jest już tak świerza, w pewnym sensie Marvel odrobinę go nadużył, zwłaszcza, że odgrywał też bardzo znaczącą rolę w „Avengersach” „Wojnie Bohaterów” czy nawet nowym Spidermanie.

Efekty specjalne nie zestarzały się zbyt mocno, przynajmniej dla mojego niewprawnego oka. Najbardziej efekciarska scena, czyli interwencja Tony’ego w Afganistanie nadal wygląda fajnie, choć właściwej akcji nie ma tu zbyt wiele. Oczywiście, nie wszystko jest idealnie. Sama rozwałka trwa może pięć, dziesięć minutm dłuższa jest walka z głównym „bosem”, ale tam sytuacja wygląda nieco inaczej. Częściowo jest tak ze względu na fabułę, o czym niżej, częściowo ze względu na budżet, który też ma swoje ograniczenia, a wreszcie ze względu na PG, choć jego roli bym nie przeceniał, ze względu na całkiem brutalną scenę ucieczki z podziemnych jaskiń.

Jedną z głównych wad Filmu jest właśnie dziwna konstrukcja fabuły. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem „Pierwszej większej połowy”, czyli gdy samo wprowadzenie do fabuły i zawiązanie akcji pochłania większą część objętości filmu czy książki. Tutaj od pierwszych scen, do chwili pierwszych udanych eksperymentów właściwą zbroją Iron Mana mijają dwie-trzecie filmu i właściwie fabuła w tym momencie bardzo gwałtownie przyspiesza, nie pozwalając na chwilę wytchnienia.

Jeśli chodzi o pozostałych aktorów, to znaczniejsze role odgrywają tu Gwyneth Partlow jako Virginia „Pepper” Potts, zaufana asystentka i w gruncie rzeczy prawa ręka Starka i Jeff Bridges Jako Obadaya Jones, dawny przyjaciel ojca Tonego zajmujący się finansową stroną działalności korporacji Starków. Gwyneth gra zabawną, choć inteligentną kobietę zdecydowanie wyrastającą ponad stereotypową „Laskę Bohatera”, i przypominającą coś w rodzaju Alfreda z filmów o Batmanie., choć w tym filmie jej rola jest jeszcze mocno ograniczona. O Postaci granej przez Jeffa Bridgesa mogę powiedzieć tylko, że jest uosobieniem chciwego kapitalizmu, ale sam wydaje się ginąć gdzieś w tle.

Choć z całego MCU, filmy o „Człowieku z Żelaza” lubię najmniej, to nadal mogę powiedzieć, że są fajne. Dzisiaj, w dobie zaostrzenia konfliktu na półwyspievKoreańskim i działań rosyjskich na Ukrainie odrobina antywojennej retoryki nie zaszkodzi… Choć na pewno zuboży prawdziwych Tonych Starków…

Artykuł autorstwa Grzegorza „Slanna” Knychały.