Manga, anime i wiśnie, które kwitną – o otaku’owych hobby w Japonii

Manga, anime i wiśnie, które kwitną – o otaku’owych hobby w Japonii

Wielu z nas, nerdów/geeków/otaku (zakreślcie to, co uznajecie za najbardziej do Was pasujące) patrzy na Japonię z podziwem, fascynacją i ubóstwieniem, może nawet z odrobiną zazdrości. Światowa stolica mangi i anime kusi bogactwem swej popkultury, łatwością dostępu do niej i jej obfitością. Czy jednak w samej Japonii manga i anime są tak popularne i mainstreamowe jak w świecie zachodnim? Najkrótsza odpowiedź brzmi – to zależy.

Skupmy się najpierw na mandze. Ta owszem, jest bardzo popularna. Naprawdę, bardzo. Mangę kupują i czytają wszyscy – młodzi, starzy, kobiety i mężczyźni, naukowcy na uniwersytetach, pracownicy fizyczni, businessmani i gospodynie domowe. Dzieje się tak za sprawą wielkiego zróżnicowania tematycznego – a także tego, że jeden tomik mangi można już kupić za parę dolców. By dać jakieś wyobrażenie na temat tego, jak bardzo mangi są popularne, powiem, iż stanowią jedną trzecią rynku wydawniczego i ich rynek w kraju jest wart 10 miliardów (!) dolarów. Dla porównania, przychód ze sprzedaży wszystkich książek w 2014 roku w Polsce wyniósł 2.4 miliarda złotych, czyli 670 milionów dolarów – w kraju, który ma trzykrotnie mniejszą populację. Tak więc japoński rynek mang jest wart 15 razy więcej niż cały polski rynek wydawniczy. W innych liczbach – rocznie w Japonii sprzedaje się 2 miliardy mang, co stanowi 40 % wszystkich sprzedanych książek.

Jak pisałem, manga jest popularna.

Tradycyjnie, najważniejszym medium sprzedaży mang były magazyny, takie jak np.: Shounen Jump. W ostatnich latach ich sprzedaż jednak spadła – nakład tygodniowego wydania Shounen Jump spadło z prawie 4 milionów w 1998 do 2 w 2007. Inne magazyny mangowe zanotowały podobny spadek. Nie oznacza to jednak, że mangi stały się mniej popularne – po prostu preferencje Japończyków się zmieniły i teraz wolą kupować książki z mangami (zawierające kilka rozdziałów jednego tytułu) niż magazyny składające się z twórczości różnych artystów i zawierające więcej, ale krótszych treści.

Niestety, dochody z mangi nie są dystrybuowane równo. Istnieje garstka artystów, którzy zarabiają krocie, a cała reszta może się ledwo utrzymać ze swojej sztuki. Wielkie mangi, takie jak Naruto, Bleach, One Piece czy swego czasu Dragonball są powszechnie znane i kupowane, ale mniej znane tytuły rzadko kiedy przynoszą ich twórcom godne dochody. Jest w tym jakaś analogia do zachodniego rynku książki – publikacje Rowling, Kinga czy Dana Browna zdominowały półki sklepowe, ale większość pisarzy żyje w biedzie lub szuka innych źródeł dochodów, nawet w tak bogatych krajach jak Wielka Brytania.

Skoro już o mandze mowa, należy wspomnieć o jeszcze jednym zjawisku, które jest dla niej typowe. Mowa mianowicie o doujinshi, czyli nieoficjalnych seriach znanych mang. Doujishi są tworzone przez fanów dla fanów, przedstawiają alternatywne wydarzenia i relacje między postaciami lub rozbudowują wątki mniej zarysowane w dziełach, na których bazują. Na Zachodzie tworzenie takich prac zostałoby uznane za łamanie praw autorskich i zakazane, ale Japonia różni się pod tym względem kulturowo i artyści są bardzo dumni, kiedy ich mangi mogą się pochwalić własnymi doujinshi. Niektóre z nich są nawet tak popularne, że stają się dziełami sztuki na swoich własnych zasadach i mogą się doczekać wydania przez poważne wydawnictwo.

Tak więc wiemy już, jak wygląda sprawa z mangą. A anime? Czy jest równie popularne i czy również znajduje się w głównym nurcie? Tu sprawa robi się nieco bardziej skomplikowana.

Generalnie rzecz ujmując, anime w Japonii jest odbierane podobnie, jak w Europie i Ameryce kreskówki. Dorosły człowiek może powiedzieć, że oglądał anime kiedy był dzieckiem i może wymienić swoje ulubione tytuły z dzieciństwa – tak jak u nas ktoś może miło wspominać Smerfy, Muminki albo Brygadę RR – i nie wzbudzi tym większej uwagi. Jeśli jednak ten sam dorosły przyzna, że dalej ogląda an ime,zostanie uznany za dziwaka, odludka, otaku (ten termin w Japonii ma bardzo negatywne konotacje) i/lub osobę dziecinną i niedojrzałą. Tak, dobrze czytacie, anime w Japonii jest uznawane za rozrywkę dla dzieci, coś, z czego się wyrasta, a w każdym razie powinno.

Może to dziwić na Zachodzie, gdyż tu animacja japońska jest uznawana – częściej niż w Japonii, choć także tu zdarzają się osoby, które nazywają anime „chińskimi bajkami” – za sztukę dorosłą i dojrzałą i chyba nikogo nie dziwi tu dorosła osoba oglądająca anime. Niemniej jednak percepcja tego akurat hobby w kraju pochodzenia jest negatywna.

Warto jednak zauważyć, iż nie każde anime jest postrzegane jako nieodpowiednie dla starszej widowni, niektóre – choć stanowią one znaczną mniejszość – są oglądane przez wszystkich. Dobrym przykładem może być popularne obecnie One Piece. Pewne animacje są tu odpowiednikiem skierowanych do dorosłej publiczności kreskówek takich jak Futurama czy Simpsonowie.

Na czym polega ta różnica? Pierwszorzędnie na popularności danego tytułu. Jeśli prawie każda osoba w Japonii czyta daną mangę, to istnieje duże prawdopodobieństwo, iż również serial animowany na niej bazujący przypadnie szerszej widowni do gustu. Drugorzędnie zaś, anime można podzielić na „dzienne” i „nocne”. To pierwsze jest emitowane w „ludzkich godzinach”, a przez to szeroko dostępne. Anime nocne emitowane jest w godzinach późniejszych, często do wczesnych godzin porannych i osoby, które je oglądają – a stanowią one większość serii anime – albo są nolife’ami które nie idą do pracy i zarywają nocki na animacjach, albo po prostu wiedzą jak nastawić nagrywanie w odpowiednim urządzeniu. Tak czy siak, stanowią oni mniejszość.

Być może jednym z powodów, dla których anime jest mniej popularne od mang jest ich cena. O ile mangi można kupić tanio i są powszechnie dostępne, o tyle kupienie serii anime na DVD jest drogie i przez to dostępne nielicznym. Cały sezon jednej animacji japońskiej może kosztować kilkaset dolarów, co nawet w tak bogatym kraju nie jest możliwe dla każdego. I, oczywiście, część osób może się wstydzić wydawać tak wielkie sumy pieniędzy na swe „dziecinne” hobby i nawet, jeśli to robi, to ukrywać to przed innymi ludźmi, by nie mieć łatki „dziwaka, co wyrzuca pieniądze w błoto”.

Istnieje jednak możliwość, iż percepcja anime zmieni się w społeczeństwie. Rząd Japonii przyznał w oficjalnym dokumencie, iż stanowi ono jeden z głównych towarów eksportowych kraju, a wraz ze wzrostem popularności tego medium w świecie zachodnim, Japończycy powoli się do niego przekonują. Często dobrym argumentem przemawiającym za tym, by zapoznać się z daną serią jest „to anime jest bardzo popularne w Ameryce”.

Tekst autorstwa Szymona „Kaworu” Bryckiego.

  • Olga Miechowska

    Trochę przy tym początkowym opisie zostaje pominięta postać Wiktora, czy raczej za mało nakreślona jego istotność dla świata łyżwiarskiego : 5-ciokrotnie złoty medalista, od lat ogłaszany geniuszem w swojej dziedzinie i inspiracja dla obu Yurich. Jego przejście z zawodnika w trenera wywołało w końcu u wielu poruszenie choćby dlatego, że zwolnił się stołek na szczycie.
    I widać, że recenzent chciał szybko przejść do postaci tytułowych – Yurich Katsukiego i Plitieskiego, że można w pierwszej chwili się pomylić czy romans który tak pobudził widzów YOI dotyczył właśnie dwóch Yurich.
    Choć w sumie rozumiem odczucia recenzenta – przez różnice charakteru Yurich, punkty w jakich stoją w karierze sportowe, to historia w tym anime zyskuje na dynamice, a ich relacja rozwija się bardzo interesująco.

    A jak powiedział w trakcie anime Wiktor, że publikę należy zaskakiwać, tak najczęstsze uczucie towarzyszące „Yuri on Ice” to właśnie – „miłe zaskoczenie”. Obaj Yuri co i rusz miło zaskakują. Po Plitsewkim spodziewałam się początkowo rozpuszczonego 15-latka, któremu trzeba bardzo boleśnie utrzeć nosa. I faktycznie uczy się pokory, choć niekoniecznie w ten sposób co się spodziewałam. Jasne gburowatość z nim zostanie, ale Yurio w trakcie serii okaże się mieć bardzo trzeźwe podejście do kariery sportowej, a jego upór i szczerość nieraz pomogą zamiast utrudniać życie.

    Trochę sportowych anime widziałam, więc znam pewne schematy. Jeden z najbardziej utartych to… Wiek Protagonisty – najczęściej przypada , gdy ten jest pod koniec gimnazjum lub na początku liceum. W tym czasie drugi Yuri- Katsuki ma na początku serii już 23 lata i lata doświadczeń sportowych. W każdym razie dla mnie noty dla serii YOI się znacznie podniosły gdy stało się jasne, że zamiast kolejnej historii o „świeżaku” zaserwowano mi taką o doświadczonym zawodniku, którego kariera dostała mocno po pupie. A że gimbaze mam już trochę za sobą, to obserwowanie doroślejszej postaci, która po upadku próbuje znów stanąć na nogi przynosi pewne odświeżenie wśród mnóstwa tytułów anime serwujących “zwykłego licealistę”.

    Poznawanie pozostałych zawodników w YOI zwykle mniej lub bardziej wychodzi na korzyść postaci. Najbardziej mnie zaskoczył pod tym względem pyszałkowaty JJ Leroy (swoją drogą seiyuu tej postaci –Miyamoto Mamoru jakoś często odgrywa role kłopotliwych pyszałków). Spodziewałam się, że jeszcze mocniej scenarzyści wytrą nim podłogę niż Plitewskym. Jednak scena w której JJ ponosi porażkę zamiast zeszmacenia postaci, czy nudnego moralizatorstwa przyniosła… Moją ulubioną scenę w całym YOI, która pod względem wzruszenia przebiła nawet scenę z wymianą pierścionków. Bo po prostu… nie tego się spodziewałam. Nie, że moja opinia w ciągu kilku scen zmieni się o 180 stopni. I ja chcę częściej widywać takich kibiców.
    No ale są też wyjątki od reguły – i pod tym względem w 100% popieram recenzenta o nieszczęsnym wątku Włoskiego rodzeństwa. Czy to miała być lekcja “jak kogoś kochasz to pozwól mu odejść”? Jak dla mnie sensowniej by wyszło bez wątku kazirodczego, a np. że duetowi łyżwiarzy grozi rozpad na solowe kariery. Pasowałoby to do występów Mickeya i dynamiki serii, a tak to nie rozumiem po co to wciśnięto relacje ocierającą się o kazirodztwo- ani to śmieszne, ani wzrusza. Podejrzewam, że znowu jakiś producent myśląc, że wie lepiej co chcą widzowie, to taki wątek się sprzeda. Nie w moim przypadku….