Smoki wiosennego świtu

Smoki wiosennego świtu

 

 

 

Każda opowieść musi mieć swój koniec. Tak samo jest w tym przypadku Kronik Dragonlance. Trylogia powieściowa, która stworzyła pewien trend w fantastyce, lepiej lub (zazwyczaj) gorzej kontynuowany przez wielu autorów, zakończyła się na „Smokach wiosennego świtu”. Jak zawsze w przypadku dłuższego cykli, zadajemy sobie pytanie, czy  ostatni tom dobrze zwieńczy serię? No, w tym przypadku zdecydowanie nie można mówić  o jakimkolwiek końcu serii, wręcz przeciwnie, ale może po kolei.

W przeciwieństwie do” Smoków zimowej nocy”, ten tom  zaczyna się dokładnie tam, gdzie zakończył się poprzedni.  Na północy mimo wygranej bitwy, nie widać szansy na pomyślne zakończenie wojny.  Tanis w tym samym czasie odnawia swą „znajomość” z Kitiarą, przyrodnią siostrą Raistlina i  Caramona.  A mag o klepsydrowych oczach rośnie w siłę i potęgę.

Jednym co sprawia, że „Smoki wiosennego świtu” wypada ją lepiej niż ich poprzednik jest brak przeskoków czasowych i fabularnych. Pewnym wyjątkiem sąwydarzenia, które doprowadziły do pozyskania przez Lauranę ogromnego wsparcia w Wojnie Lancy, ale to mniej przeszkadza, bowiem w całym przedsięwzięciu brały udział postaci drugoplanowe,  i nie uświadczymy przeskoku nad najciekawszymi wydarzeniami.  Z drugiej strony wątek morskich elfów wydaje się być urwany i nie mieć jakiegokolwiek znaczenia dla fabuły, nie licząc przetransportowania kilku postaci na drugi kraniec świata.  Także pod koniec fabuły mamy do czynienia z pewnym średniozgrabnym Deus ex machina i wyraźną zapowiedzią „To jeszcze nie koniec!”.

W tym tomie oczywiście spotykamy wszystkich starych bohaterów, przynajmniej tych co nie zginęli, choć kilkoro z nich w ten czy inny sposób odłącza się od drużyna. Taki los spotyka przede wszystkim Riverwinda (przez Pratchetta  nie potrafię się nie uśmiechać czytając to Imnie) i Goldmoon, których potencjał fabularny zdawał się być już wyczerpany w poprzednim tomie.  Gilthanas i Silvara pojawiają się na chwilę w doborowym towarzystwie, ale potem ich rola sprowadza się głównie do powarkiwania na Thanisa. Raistlin znika aby powrócić, będąc głównie reklamą „Czasu bliźniaków”. Nie zrozumcie mnie źle, Raistlin jest jedną z najciekawszych postaci całej Smoczej Lancy, lecz jego przyspieszony wzrost mocy sprawia, że w istocie traci to, co było w nim ciekawe, tą świadomość własnej  kruchej śmiertelności i bezmiar goryczy, jaki gościł w jego sercu.

Głównymi bohaterami tego tomu, którzy przyćmiewają resztę postaci są Lauranna i Thanis. Szczególnie półelf nabrał pewnej głębi, jego miłość do Lauranny (i Kitiary) staje się nieco obsyjna. Widać w nim dużą dozę desperacji i gotowość na poświęcić wszystkiego i wszystkich by bronić najdroższą dlań kobietę. Lauranna nabrała po śmierci Sturma odrobiny ponurej zgorzkniałości. Nikła nadzieja na zwycięstwo jest sprawiła, że stała się ponura i zamknięta w sobie. Towarzyszy jej tylko stary krasnolud Flint i Kender Tasselhoff, którzy wprawdzie wspierają ją moralnie to nic nie mogą poradzić na jej problemy.

W powieści pojawiają się dwie nowe, niezwykle istotne dla uniwersum postaci. Kitiara była wprawdzie obecna już w „Smokach zimowej nocy”, lecz dopiero teraz staje się ona pełnoprawną postacią. Wojowniczka, przynajmniej do pewnego momentu, zdaje się być uosobieniem zdrowego, choć bezwzględnego rozsądku. Wydaje się być kimś pośrednim pomiędzy Raistlinem, a Caramonem, jednocześnie będąc wyraźnie pozbawiona skazy tak typowej dla  obu bliźniaków, nie będąc nieustanie przynieciona własnymi kompleksami.. Drugą postacią jest Lord Soth, nieumarty czarny rycerz, który jest chyba połączeniem Dartha Vadera i Wodza Nazguli. Tragiczny podwójnie upadły rycerz jest prawą ręką Kitiary i służy jej lojalnie z tylko sobie znanych pobudek. Zdecydowanie gorzej prezentuje się Lord Ariakan, główny przywódca sił zła, który jest raczej zabawny niż groźny i straszny, popełniając  wszystkie typowe dla „Złego Władcy” błędy łącznie z bezsensownym mordowaniem podwładnych. Pewnym zawodem jest też Berem, który powraca po kilku tomach nieobecności, i który zdawał się być osobą kluczową dla tego świata, w gruncie rzeczy przeradza się w irytującą wersję Srapy’ego, którego wszyscy muszą nieustanie pilnować, aby nie zrobił czegoś durnego.

W tym tomie świat nie został znacząco rozwinięty, istotne jest tylko wprowadzenie potężnego morskiego imperium Minotaurów, które staną się w przyszłości elementem równie charakterystycznym dla Dragonlance jak smoki i pojawienie się morskich elfów, których znaczenie jest jednak drugorzędne. Poznajemy także główną siedzibę sił ciemności, która jednak nie okazuje być biedną wersją Mordoru.

Największą wadą tego tomu jest przesadnie przyspieszona końcówka. Nie uświadczymy ani wielkiej zaciętej bitwy, ani dramatycznego pojedynku pomiędzy największymi z czempionów zła i dobra. Paradoksalnie, ze względu na widoczny w całym cyklu epicki rozmach. Wielka tajna misja Tanisa i ferajny w pewnym momencie staje się nieco dziwaczną i chaotyczną bieganiną po lochach twierdzy zła, koniec końców zwycięstwo zostaje osiągnięte tak jakby przy okazji, praktycznie bez udziału głównych bohaterów, a sama wojna zostaje wygrana za sceną już po zakończeniu powieści. Wielką zaletą powieści jest  fakt, że główni bohaterowie nie stają się nadludźmi (nadkenderami, nadkrasnoludami), którzy przebijają się bez wysiłku przez tabuny wrogów, a zamordowane smoki  zaścielają pole bitwy. Nadal ucieczka często jest jedynym rozwiązaniem, a starcie z dorosłym smokiem bez wsparcia jego pobratymca oznacza zgubę…

Mimo wszystko uznaję „Smoki wiosennego świtu” za dobrą powieść i poprawne zakończenie trylogi będące jednocześnie dosyć oczywistym wstępem do kolejnego tomu dziejów Smoczej Lancy. Widać wyraźny postęp w rozwoju charakterów postaci, ich osobowości i głębi. Choć nie można żadnej części cyklu zaliczyć do literatury wysokich lotów, to jednak mimo wszystko nie irytuje i nie pozostawia uczucia zawodu po odłożeniu na półkę.

 

Grzegorz Knychała