Z zapomnianych bibliotek – Smoki Jesiennego Zmierzchu – Tracy Hickman i Margaret Weiss

Z zapomnianych bibliotek – Smoki Jesiennego Zmierzchu – Tracy Hickman i Margaret Weiss

Z zapomnianych bibliotek – Smoki Jesiennego Zmierzchu – Tracy Hickman i Margaret Weiss

         Dawno dawno temu w tajemniczym kraju zwanym USA grywano w mroczny twór zwany „Adnd” i pewnego razu postanowiono stworzyć do niego świat, którego centralnym elementem będą smoki. Tak narodziła się  marka „Dragonlance”. Był to wyjątkowo nowatorski projekt, łączący w sobie jednoczesne wydanie cyklu  powieści i modułów do gry rpg i innych produktów powiązanych z franszyzą. Przez ponad kilkadziesiąt lat uniwersum Smoczej Lancy się rozrosło, a liczba powieści i antologii się w nim rozgrywających (i w znacznym stopniu kontynuujących linię fabularną) przekroczyła dwadzieścia pozycji i nadal się rozrasta.

„Smoki Jesiennego Zmierzchu” są pierwszą częścią całego cyklu i je tutaj mam zamiar zrecenzować. Akcja rozgrywa się w świecie zwanym Krynn, na kontynencie Ansalon. Jest to miejsce gdzie żyją elfy, krasnoludy, ludzie i inne rasy charakterystyczne dla postolkienowskiego fantasy. Światem tym kilkaset lat temu wstrząsnął kataklizm, który zniszczył ogromne połacie lądu i sprawił, że Prawdziwi Bogowie odeszli. Akcja rozpoczyna się w mieście Solace, gdzie do tawerny „Ostatni Dom” przybywa grupa przyjaciół.  Pięć lat wcześniej opuścili oni miasto w poszukiwaniu oznak działalności „Prawdziwych Bogów”, lecz bez rezultatów, odnajdując jedynie szarlatanów i szaleńców. Jednak to właśnie w Solace spotykają parę barbarzyńców z równin, która okazuje się wiedzieć więcej o pradawnych bogach, niż ktokolwiek inny… nie licząc sług mrocznej bogini Takhisis…

Dragonlance to jeden z wcześniejszych przedstawicie literatury fantastycznej tak zwanego „fantasy dedekowego”. Ten typ fantastyki charakteryzuje się dosyć powierzchownym naśladowaniem „Władcy Pierścieni” i innych dzieł Tolkiena, łącząc je z silnymi wpływami literatury przygodowej i komiksu superbohaterskiego. Przynajmniej tak ja definiuje ten gatunek, popularny przede wszystkim dzięki niezliczonym powieściom osadzonym w świecie Zapomnianych Krain. Ten, dziś już nieco zapomniany, rodzaj literatury raczej nie cieszy się uznaniem, ale ja osobiście darzę ją pewnym sentymentem, podobnie jak opowieści o Conanie. Przygody w światach pełnych magii i smoków, gdzie elfy zamieszkują dzikie knieje, a krasnoludy mieszkają w potężnych twierdzach, bogowie kierują losem śmiertelnych, a niezwykłość jest na wyciągnięcie ręki, mają swój niewątpliwy urok, choć po tylu latach zdają się raczej wywoływać pobłażliwy uśmiech, niż zachwyt.

Jest to też pierwsza powieść około erpegowa. Jej fabuła pokrywa się z dwoma pierwszymi modułami przeznaczonymi do rozgrywania na mechanice „Advanced Dungeons and Dragons”-. Zasady gry rpg nie są tutaj tak widoczne jak w tytułach spod szyldu Zapomnianych Krain, choć i tak świat, a zwłaszcza magia działa w ich obrębie. Tak więc czarodzieje muszą zapamiętywać czary aby je potem rzucać, kapłani potrafią swymi modlitwami nawet największe rany, smoki występują w kolorowych odmianach, z których każdy zionie czym innym. Mimo wszystko nie wydaje się to mniej widoczne i nachalne niż w opowieściach o Drizzcie Do’Urdenie. Trochę inaczej ma się sprawa z konstrukcją fabuły. Widać, że jest to fabularyzacja modułów do „Adnd”, a wiele postaci było kiedyś bohaterami twórców gry. Jeśli przeanalizować fabułę, to łatwo można sobie wyobrazić, że tu gracze zrobili oczywistą głupotę, tam mg musiał ich ratować, a jeszcze w innym momencie popisali się sprytem. Jednak sama konstrukcja fabuły, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy bohaterowie rozdzielają się i działają całkowicie niezależnie, czyniłoby opisaną fabułę bardzo trudną, choć oczywiście możliwą do poprowadzenia.

W „Smokach Jesiennego Zmierzchu” pojawia się wiele postaci, które stały się wręcz archetypiczne dla fantasy, przynajmniej tym w wydaniu klasycznie dedekowym. Mamy więc typowego rubasznego krasnoluda (Flint Fireforge), klasycznego postaragornowego tropiciela (tanis półelf angstrem wynikającym z pochodzenia, kooperujący duet maga i wojownika (Raistlin i Caramon Majere), czy sprytnego, aczkolwiek dosyć niefrasobliwego złodziejaszka (Tasselehoff Burrfoot), dobrą kapłankę „Healerkę (Goldmoon) związaną z wrażliwym pseudo Indianinem (Riverwinde). Najzwyczajniejszą z głównych postaci jest rycerz Sturm Brightblade, który jest klasycznym rycerzem zmuszonym żyć w nie całkiem rycerskich czasach. Pojawiają się tam też jeźdźcy smoków, na razie jedynie po stronie „sił zła”, choć oni z tego co pamiętam nie byli wtedy już niczym specjalnie nowym w fantastyce. Dzisiaj wielu z bohaterów lancy wydaje się być aż nazbyt znajoma, lecz wtedy nie była wyeksploatowana przez niezliczone gry i mniej lub bardziej sztampowe powieści.

Sam świat stworzony przez Margaret Wesis i Tracy’ego Hickmana, choć nie jest specjalnie nietypowy i czerpie jak tylko może z twórczości Tolkiena, oraz innych autorów fantasy, ale też niezmiernego bogactwa bestiariuszy Adnd. Autorzy wprowadzili też swoje pomysły, chyba najbardziej znanymi są Kenderzy i Krasnoludy Źlebowe. Kenderzy to bardziej awanturnicza (i lepiej dostosowanych do wymogów gier fabularnych) odmiana Niziołków, istoty uwielbiająca „pożyczać” cudze rzeczy, praktycznie nie znające strachu. Krasnoludy Źlebowe to z drugiej strony zdegenerowana i żałosna odmiana krasnoludów, które wzbudzają tyleż litości co pogardy ze względu na własną tępotę, życie w brudzie i niebywały, choć nieraz zawodny, instynkt przetrwania. Ciekawymi stworami są też smokowcy, humanoidalni ludzie smoki, które w powieści pełnią rolę odpowiednika orków, lub może nawet Uruk-Hai.

Samą powieść trudno nazwać wybitną, to tylko całkiem przyjemne czytadło, przy którym można spędzić kilka chwil, coś trochę jak oglądanie starych filmów przygodowych z ich kiepskimi efektami specjalnymi i dużą dozą  naiwności. Ma przyjemne momenty (interakcje Tassa z resztą świata, wzajemne kłótnie z Flintem) czy ciekawych pomysłów (Płomienna!), brakuje tak częstych w przypadku podobnej literatury momentów wywołujących zażenowanie. Styl nie budzi zastrzeżeń, wprawdzie nie uświadczymy tam raczej zbyt wielu „Onelinerów”, które zapadłyby w pamięć, ale też na ma powodów do zgrzytania zębami,. „Smoki Jesiennego Zmierzchu” to nienajgorsza powieść na coraz krótsze zimowe wieczory.

Tekst autorstwa Grzegorza „Slanna” Knychały